WSTĘP

Zimowe popołudnie tego dnia było bardzo szare. Przez tylko krótką chwilę pokazało się słońce. Nie padał śnieg chociaż ciemne, nabrzmiałe chmury wróżyły takie opady. Wzdłuż wąskiej szosy, na poboczach leżały małe płachty zmrożonego i brudnego śniegu. Mróz tego dnia był dość duży, słupek rtęci w samo południe nie podnosił się powyżej - 15 stopni Celsjusza. Ale i tak była to ulga po ostatnich kilku dniach dwudziestopięciostopniowego mrozu. W to ciemne popołudnie pustą szosą pędził mały, wąski i wysoki czerwony samochodzik, który na koleinach i muldach niebezpiecznie chwiał się na boki. Jego kierowca z duszą na ramieniu i bijącym z emocji sercem pędził poprzez ciemne lasy w nieznane sobie miejsce. 
Raz po raz spryskiwał zmrożonym płynem szyby przednią i tylną a potem przecierał je wycieraczkami. To było takie hobby lub nawet obsesja - zabawa wycieraczkami. Uwielbiał obserwować ich pracę i cieszył się z widoku cienkiej granicy pomiędzy nieprzeniknionym brudem a idealnym, czyściutkim oczyszczonym miejscem. Kierowca, niemłody już człowiek lubił wszelkie wynalazki i gadżety. Nie był to jeszcze czas nawigacji samochodowych ale nasz kierowca był jednym z pierwszych, którzy używali telefonu komórkowego w samochodzie. Maleńki telefon siedział sobie w specjalnym uchwycie na środku deski rozdzielczej. Zdzisław, nasz kierowca nie wyobrażał sobie samochodu bez takich dodatków jak klimatyzacja czy elektrycznie opuszczane szyby. I nawet tego zimowego popołudnia uruchamiał raz po raz klimatyzację aby sprawniej ogrzać i osuszyć wnętrze małego, czerwonego samochodu. Jak mało kto wiedział, że nawet zimą można i należy uruchamiać klimatyzację łącznie z ogrzewaniem. W ten sposób błyskawicznie odmrażał i odparowywał szyby. 
Za oknami przesuwały się smętne widoki lasów pozbawionych liści lub martwych, szarych pól pokrytych łatami śniegu. Opony raz po raz szurały po wąskich kreskach zmrożonego śniegu i lodu a mały trzycylindrowy silniczek cichutko bzyczał i nie przeszkadzał w słuchaniu kolejnych utworów z najnowszej płyty. Ciepły, miły głos śpiewał o siedmiu milionach rowerów a delikatny, miękki bas cicho rozbrzmiewał z nowych głośników. Zdzisław jechał sam, trochę cieszył się z wolnego od pracy dnia a trochę denerwował się tym co zastanie u kresu podróży. Jechał bowiem do miejsca gdzie miał zobaczyć i być może odebrać skradziony mu siedem lat wcześniej samochód. Powiatowy sąd po wieloletnich rozprawach nakazał mu bowiem odebranie swojej własności. 
I wreszcie nastąpił kres tej tajemniczej podróży. Zapadł zmrok i Zdzisław powolutku przejeżdżał sennymi i ciemnymi uliczkami maleńkiego miasteczka. Rozglądał się bacznie po okolicy i wypatrywał adresu jaki po wielu perypetiach uzyskał w sekretariacie sądu. Zdzisław był zdenerwowany i ciągle myślał nad wydarzeniami jakich tego dnia doświadczył. Bo gdy rano pojawił się w sądzie to najpierw skierowano go na parking gdzie okazano mu pojazd tej samej marki, który był prawie identyczny i posiadał jedną część ze skradzionego mu samochodu - klapę bagażnika. Powrócił więc do sądu, podano mu tam następny adres w zupełnie innym mieście, gdzie podobno przechowywano resztę samochodu. Znowuż wsiadł do samochodu i od razu pojechał do tego miasta. Zgodnie z przekazaną informacją poszukiwał ulicy, która tam nie istniała. Zdenerwowany ponownie wrócił do sądu i na pięć minut przed zamknięciem sekretariatu otrzymał kolejny adres. Niezwłocznie wyruszył do kolejnego miasta w poszukiwaniu reszty samochodu...
Tak więc teraz nasz bohater rozglądał się bardzo uważnie, próbując znaleźć jakiś parking lub warsztat samochodowy bo wiedział, że policja lub sąd wykorzystują takie miejsca do przechowywania zarekwirowanych pojazdów. Wkrótce zatrzymał się przed małym, starym domkiem na skraju maleńkiego miasteczka... Mróz, ciemność, której nie rozświetlały żółte latarnie oraz złowroga cisza potęgowały nastrój grozy i osamotnienia. Coś tu nie pasowało. Ciarki zaczęły przechodzić po szyi i plecach Zdzisława, serce zaczęło łomotać a jakiś narastający nie dający się opisać niepokój zaczął targać umysłem kierowcy małego, czerwonego samochodzika.

(jest to surowy tekst roboczy, który może się zmienić, więc błędy są tu możliwe i dopuszczalne)