Mietek

(1968)

Strach minął przed chwilą. Z niewielkim zaciekawieniem Mietek przyglądał się brudnemu, dawno nie malowanemu sufitowi. Leżąc na korytarzu, na łóżku szpitalnym przed salą operacyjną niewiele można zauważyć. Dla leżącego na boku chłopca, sufit z pajęczynami w rogach i grudki na przeciwległej, zielonkawo-żółtej ścianie pomalowanej do połowy olejną farbą, to jedyne miejsca na których można zatrzymać wzrok. Przed dziesięcioma minutami dostał zastrzyk, zniknął ból i lęk. Przedtem, pół godziny temu, nakazano mu zgłosić się do dyżurki pielęgniarek na lewatywę. Widok tego urządzenia, które zamierzano włożyć we wrażliwe i wstydliwe miejsce, tak go wystraszył, że wyrwał się z rąk pielęgniarki i pobiegł do ubikacji. A tam błyskawicznie dokonał wymaganego oczyszczenia. Za drzwiami kabiny niecierpliwa siostra dopytywała czy już skończył, bo chirurdzy czekali. Łóżko wjechało na salę operacyjną. Do oczu zbliża się maska. Zapada cisza, szpitalny świat znika.

Po chwili pojawia się niezwykły obraz. Ciemny korytarz - szara rura rozświetlona jasnym, żółtym, prawie oślepiającym blaskiem. Jednak światło nie oślepia, stopniowo obejmuje i wciąga. Mietek widzi kogoś znajomego, a ktoś inny podaje mu rękę. Nie dotyka jej, bo to nie jest potrzebne. Obok pojawia się grono zamazanych postaci. Życzliwe, ale jakby słabsze i zwiewne, podobne do cieni. Przyglądają mu się bez żadnych emocji. Główna, najbliższa postać coś mówi, nie wiadomo co, chłopiec nic nie rozumie. Postacie odpływają, rozmawiają ze sobą, zajmują się swoimi sprawami. Raptem Mietek zaczyna płynąć, lecieć ku okrągłemu, obejmującego już wszystko światłu, którego słowa nie tyle słyszy, co rozumie. Światło zamienia się w doskonałą, najmilszą i najbardziej dobrą postać, która po chwili mówi:

- „Wracaj, to jeszcze nie Twój czas, masz tam coś do zrobienia”.

I nagle, z perspektywy ptaka, a może bardziej muchy lub  komara, widzi pod sobą niewielką salę operacyjną, lekko uchylone okno w zabytkowym, wysokim wykuszu, zdenerwowanych lekarzy, naczynia o których wie, że nazywane są nerkami, a w nich okrwawione, mięsne skrawki swojego ciała, metalowe narzędzia i tampony. Nie wie o czym mówią, ale czuje, że cieszą się i odczuwają wielką ulgę, że życie powróciło do ciała chłopca.

            Po usunięciu wyrostka robaczkowego budzi się ponownie, tym razem realnie, w wielkiej sali starego szpitala, pełnej dorosłych i małych pacjentów. Na końcu sali, w maleńkim wykuszu, przez wysokie, gotyckie okno, samodzielnie poruszający się pacjenci obserwują szare, ponure podwórko, na którym jedyną atrakcją jest wywożenie śmieci i wynoszenie odpadów z sali operacyjnej. Przypuszczają, że są w nich odcięte kończyny i wycięte miękkie wnętrzności. A wśród nich, zapewne jest ten dziwny wyrostek robaczkowy.

Kilka dni wcześniej przywieziono Mietka do szpitala w bardzo kiepskim stanie. Podczas wyprawy na pobliskie jezioro pojawiły się potworne bóle w brzuchu, które nasilały się, gdy był wożony od lekarza do lekarza w bocznym wózku motocykla. O mały włos zakończyłoby się to tragicznie. Lekarze zbagatelizowali objawy. Rodzice, wystraszeni stanem synka, sami zdecydowali o przywiezieniu go do szpitala. Tam nastąpiło to najgorsze - pęknięcie wyrostka robaczkowego. Rozlało się to paskudztwo wewnątrz jamy brzusznej. Operacja musiała być natychmiastowa. Teraz już spokojny i szczęśliwy, opowiadał wrażenia z sali operacyjnej leżącym obok pacjentom. Nastała dziwna cisza, a po pewnym czasie jeden z nich powiedział:

- Co ty nam tu synku opowiadasz? Wciskasz nam pierdoły. A może zobaczyłeś Archanioła Gabriela albo samego Jezusa?

- Daj spokój, narkoza małemu na mózg się rzuciła - dodał inny.

Cała sala pacjentów starych, młodych i malutkich gruchnęła śmiechem. Chłopiec zamilkł, na całe dziesięciolecia zamilkł. Od tego momentu nie odważył się publicznie mówić na ten temat.

Leży więc na pierwszym łóżku, blisko drzwi sali i przygląda się szpitalnemu życiu, ciągle rozmyślając o tym, co mu się przydarzyło. Obok leżą dwaj chłopcy. Obaj mają złamane obojczyki i założone na barki coś, co nazwano „samolotem”. Jeden ma to na lewej ręce, drugi na prawej. Każdy z nich spadł z drzewa. Jeden z jabłoni, a drugi z czereśni. Za nimi, na zwykłym łóżku, leży bardzo cierpiący człowiek; raz po raz pod łóżkiem tworzy się mała kałuża krwi. Wszyscy wiedzą, że powoli kona. Przejechała go ciężarówka i nikt nie daje mu szans na przeżycie. Jego krzyki nie są głośne, nie ma już na to siły.

A chłopiec ciągle myśli tylko o słowach „Wracaj, to jeszcze nie jest Twój czas, masz tam coś do zrobienia”. Denerwująca zagadka. Czy zobaczył ducha lub usłyszał Boga? Nie może pojąć co ma do zrobienia. Nie widzi w sobie szczególnych talentów, które mogłyby zmienić świat lub przydać się światu. Dziwna przygoda. Może to było przywidzenie? Może wpływ narkozy?

Wypisano Mietka ze szpitala. Zawieziony do domu taksówką, mógł teraz liczyć na trochę spokoju. Rodzice ułożyli go na swoim łóżku. Mama, szczęśliwa z powrotu synka, podaje mu słodką herbatę. Przez zasłonięte firanką okno wpływa światło ciepłego, czerwcowego dnia. Koledzy Mietka jeszcze muszą siedzieć w szkolnych ławkach. Ha! A on w tym czasie tylko patrzy na swój obolały brzuch i powolutku zaczyna wstawać z łóżka. Dziwne, uczy się na nowo chodzenia... A w nocy ciągle powraca sen z sali operacyjnej. Jedno i drugie wydaje się snem. Własny dom jest obcy, z innego snu, a szpital jest snem, który powoli rozpływa się w pamięci.

Czemu raz po raz szumi mi w uszach? – myśli Mietek. Nie mówi tego nikomu. A nuż zawieźliby go znowu do szpitala?



Czesław

(2002)

- Pani doktor, kręci mi się często w głowie, mam jakieś szumy i piski i jestem bardzo słaby. Ostatnio, gdy byłem w parku, poczułem nagle, że mam dziwnie gumowe nogi i miałem wrażenie, że lecę do przodu
i w bok.

- Panie Czesławie, te wszystkie dolegliwości wynikają z tego, że jest pan za gruby. Proszę się odchudzić i nie zawracać głowy lekarzom takimi drobiazgami.

- Naprawdę to wszystko z otyłości? Ja mam tylko 100 kg wagi. W jaki sposób mam to zrobić?

- Polecam witaminę „MŻ” czyli mniej żryj. Trzeba po prostu mniej jeść, przejść na dietę, ćwiczyć, ruszać się, nie gnuśnieć, zapisać gdzieś albo pójść do gabinetu odchudzania. Powodzenia i do widzenia.

Trochę smutny, lekko upokorzony, ze zwieszoną głową, szedł sobie Czesław osiedlowymi uliczkami w kierunku swojego domostwa. Myślał niezbyt pochlebnie o tej wymalowanej i wyperfumowanej, młodej lekarce, siedzącej w swym gabinecie
w wystudiowanej, wyprostowanej pozie. Faktycznie była śliczna i apetyczna; wiedziała o tym.

- Cholera jasna, lala jedna! Odchudzić mi się każe. Nic nie pomogła, a tylko naśmiewała się ze mnie. Co ja mam teraz zrobić? – myślał Czesław.

I raptem, jak niespodziewany znak z niebios, ukazał się jemu napis na samochodzie zagradzającym chodnik. Na czerwonym jak wóz strażacki sportowym Mercedesie wielkie białe litery mówiły: „Regulacja wagi - odchudzenie lub przybranie wagi, rewelacyjne amerykańskie zioła, telefon 602 888 777”. Czesław już chciał zapisać ten numer, gdy nagle pojawił się właściciel pojazdu, który taszczył wielki karton. Zdzisław podszedł do tego pana i nieśmiało zapytał:

-Dzień dobry. Proszę pana czy mógłby mnie pan odchudzić?

- Dzień dobry! Szanowny panie, nie ma żadnego problemu. Pomogę panu, wszystkiego pan się dowie. Oto moja wizytówka, proszę zadzwonić i umówimy się na rozmowę – odpowiedział pan Tomek, uśmiechając się niezwykle przyjaźnie
i pogodnie.

Kilka dni później panowie spotkali się w mieszkaniu Tomasza. Tomasz przedstawił Cześkowi dokumentację przedstawiającą dowody na niesamowite rezultaty jakie uzyskali jego klienci. I co ciekawe samo odchudzanie było tylko końcowym rezultatem kuracji ziołowej. Tomasz przede wszystkim zwracał uwagę na zdrowotne konsekwencje używania ziół życia. Okazało się, że ich używanie powoduje oczyszczenie organizmu ze złogów, toksyn i trucizn. A do tego wszystkiego u osób używających zioła istniały przypadki cudownych uleczeń z chorób uważanych za niewyleczalne i śmiertelne. Czesław był zdumiony tymi opowieściami. Trochę nieufny, sądził, że to jakaś przesadna reklama, rodem z amerykańskich systemów marketingu sieciowego.

- A niech tam, ryzyk – fizyk. Tak właśnie pomyślał Czesław i zakupił zestaw ziół. To nie było tanie. Wydał ponad 200 złotych na zestaw startowy i zabrał go w daleką podróż. Chodził po górach, a rano
i wieczorem, zgodnie z zaleceniami Tomka, mieszał ziółka, zażywając je zamiast dwóch posiłków. Faktycznie, coś zaczęło działać. Zioła powodowały poczucie wypełnienia, więc Czesiek nie był głodny. Do tego zaczęły się dziać bardzo dziwne rzeczy: nastąpiło częste oddawanie dużej ilości moczu wyglądającego jak woda, częste oddawanie luźnego stolca i niesamowite poczucie uzyskania ogromnej energii. Po dwóch tygodniach coś w nim ruszyło – codziennie tracił prawie kilogram. Brzuch zniknął, pojawiło się uczucie lekkości. Czesiek czuł się wspaniale. W ciągu miesiąca stracił 10 kilogramów. To był prawdziwy sukces. Szczęśliwy Czesiek podpisał więc umowę dystrybutora ziół. Chciał, na swoim przykładzie, pokazywać potencjalnym klientom rewelacyjne rezultaty, jakie osiągnął w tak krótkim czasie.

Czesiek chudł dalej. W okresie dwóch miesięcy „zgubił” 20 kilogramów. Przy okazji okazało się, że przestał boleć kręgosłup, przestały boleć kolana, chód stał się sprężysty, tłuszcz zniknął i ujawniły się schowane pod nim mięśnie, a większość ubrań stała się zbyt obszerna. Trzeba było kupić nowe – węższe. Nic nie wskazywało na możliwość wystąpienia kłopotów i problemów. I nagle nastąpiła katastrofa. Siedzący na kanapie Czesiek, podczas oglądania ulubionego programu telewizyjnego, poczuł dreszcze. Po chwili zrobiło mu się bardzo zimno, zaczął się trząść, nie mógł opanować szczękania zębami. Odczuł dziwne duszenie w przełyku.

- Ratuj! Dzwoń po karetkę. – ledwo wydukał do równie wystraszonej żony.

- Już dzwonię. Co mówić? Co się dzieje?

- Ja, ja, ja nie nie mogę mó…mówić! Zęby szczę, szczękają, zimno, słabnę. Stracił przytomność.

Karetka przyjechała szybko. W momencie wejścia lekarza i sanitariuszy Czesiek odzyskał świadomość, uspokoił się, czuł się lepiej. Zbadano mu ciśnienie krwi, które okazało się za wysokie i równie szybko zbadano poziom cukru we krwi. Wyniki niczego poważnego nie sugerowały. Lekarz już chciał odstąpić od jakiejś poważniejszej decyzji, gdy nagle powtórzył się atak wyglądający na tajemniczą trzęsawkę. Zabrano więc delikwenta na ostry dyżur do szpitala. Po podaniu kroplówki, po kilku godzinach, Czesław odzyskał pełnię sił i lekarz oddziału ratunkowego zadecydował o wypisaniu go do domu z zaleceniem jak najszybszego kontaktu z lekarzem domowym i dokonania bardziej szczegółowych analiz.

- Pani doktor, jak pani widzi odchudziłem się ponad 20 kilogramów. Mówiła pani, że moje złe samopoczucie wynika z otyłości. Odchudzenie mi nie pomogło. Przedstawiam wypis z oddziału ratunkowego. Proszę popatrzeć.

- Hm, to nie jest czymś normalnym – tak szybka utrata wagi w tak krótkim czasie – powiedziała lekarka ukrywając zażenowanie. Drgająca powieka lewego oka zdradzała nerwowość i obawę.

- Pani doktor, ja się teraz boję. Widzę, że nie mogę zahamować tego chudnięcia. To ciągle się dzieje. Jak to zatrzymać? Mam wielkie wahania temperatury; właściwie odczuwania temperatury. Raz jest mi zimno innym razem się pocę. Jestem bardzo słaby.  A w gardle czuję kluchę, jakbym połknął pączka. Co się dzieje? Czy ja umieram?

- Zimno, potem poty, klucha w gardle. Proszę pana, faktycznie coś mi się tu nie podoba. Dam panu skierowanie do endokrynologa. To wygląda na problem
z tarczycą.

Dzięki pomocy szwagra – Dominika, Czesław bardzo szybko trafił do endokrynologa - Jarosława, który był jego szkolnym kolegą. Jarosław, w odróżnieniu od Dominika, był bardzo wysokim, postawnym i ponurym człowiekiem. Prawie nic nie mówiąc, kazał Cześkowi położyć się na kozetce, uruchomił monitor, położył na szyi papierowe ręczniki, posmarował szyję jakimś olejem i bez ostrzeżenia wbił mu długą igłę – sondę w okolice obojczyka. Potężnie wystraszony Czesław zamknął oczy, sądząc, że za chwilę zemdleje z bólu. To nie bolało; jedynie dziwnie rozpierało. A lekarz bez jakiegokolwiek komentarza wyciągnął igłę i wbił ją ponownie w innym miejscu. Cały czas obserwował monitor, znajdujący się nad głową pacjenta.

Po wszystkim krótko powiedział:

- Podczas badania pobrałem próbki
z guzków jakie zobaczyłem w tarczycy. Proszę przyjść po wynik za tydzień.

- Panie doktorze, co oznaczają te guzy
w tarczycy? Czy mam nadczynność, czy niedoczynność? Czy to jest nowotwór?

- Za tydzień pan się dowie. Do widzenia.

- Do widzenia… odpowiedział skołowany Czesiek. Wychodząc na miękkich nogach
z gabinetu ciągle trzymał się za szyję
i przytrzymywał śliskie ręczniki.

Po tygodniu wyniki badań wykazały prawidłową ilość hormonów, ale bardzo nieprawidłową wielkość tarczycy. Okazało się, że tarczyca rozrosła się niebezpiecznie wewnątrz klatki piersiowej dochodząc do okolic serca. Była wypełniona guzkami, które zaczynały blokować przełyk. To była przyczyna odczuwanego pączka w gardle. Dalszy rozrost tarczycy groził podduszeniem i bardzo groźnymi komplikacjami w pracy serca i płuc. Przy następnej wizycie, podczas okazywania wyników badań, Jarosław nie wytłumaczył tego Czesławowi, a jedynie w dziwny sposób zapytał:

- I co Czesławie, kroimy?

- Co kroimy? Nie rozumiem.

- Czy wycinamy tarczycę?

- Nie wiem co odpowiedzieć. To pan, panie doktorze, chyba powinien mi powiedzieć czy trzeba operować.

- To zależy od pana, najwyżej będzie się pan dusić. No to jak, kroimy?

- Kroimy… Dobrze, zgadzam się. Mam nadzieję, że będę lepiej funkcjonować.

- Tego nie gwarantuję. Niezależnie od decyzji i tak będzie pan skazany na tabletki, hormony. Proszę, oto skierowanie do szpitala. Operować pana będzie mój kolega, dobry chirurg i świetny proktolog.

- Panie doktorze, o ile się orientuję, proktolog zajmuje się zupełnie inną, przeciwną częścią człowieka.

- Nie mam czasu na żarty, pacjenci czekają. Do widzenia.


W następnym miesiącu, podczas silnego mrozu, Czesław pojechał do szpitala wymrożoną taksówką. Tego samego dnia pobrano mu różne płyny do analizy, a także w kilku gabinetach dokładnie obejrzano i prześwietlono. Chodził po korytarzach z karteczkami skierowań i trząsł się z zimna i być może ze strachu. Ubrany w pidżamę i szlafrok, wysiadywał godzinami w nieogrzewanych lub słabo ogrzewanych poczekalniach. Obawiał się, że przeziębienie może uniemożliwić zabieg. Takimi drobiazgami nikt inny się nie przejmował. Inni pacjenci byli bardzo szczęśliwi, gdy udało im się doczekać zbadania przez specjalistę. Byli czujni, pilnowali swojej kolejki i mogliby pobić kogoś wchodzącego do gabinetu lekarza na innych zasadach.

Czesława położono w elitarnej, dwuosobowej sali. Sąsiadowała z podobną salką dla kobiet. Ciekawym rozwiązaniem było połączenie tych salek wspólną ubikacją i prysznicem. Gdy z tego pomieszczenia chciała skorzystać określona płeć, należało delikatnie zapukać do drzwi płci przeciwnej informując w ten sposób o zamknięciu drzwi. Natomiast personel szpitala mógł w dowolnym momencie i z dowolnego miejsca wejść do tej toalety. Zdarzały się przez to żenujące i mało intymne sytuacje. Czesław był więc bardzo zaskoczony, gdy oddając mocz na stojąco, usłyszał grzeczne pozdrowienie i do toalety weszła śliczna, czarnowłosa pielęgniarka, która postanowiła w tym momencie umyć jakieś naczynie. Zatrzymanie silnego strumienia było już niemożliwe, więc pacjent kontynuując sikanie nawiązał miłą konwersację z pielęgniarką, która
z wyraźnym zaciekawieniem przyglądała się wykonywanym przez niego czynnościom. Gdyby był kawalerem zapewne umówiliby się później na randkę. A gdyby z tego wyniknęła poważniejsza znajomość zapewne z pewną nostalgią wspominaliby pierwsze, romantyczne spotkanie w toalecie.

W południe, niespodziewanie, do sali Czesława weszła tak duża liczba lekarzy i studentów, że prawie nie mieścili się  w pokoju. Przewodził im profesor, byli wśród nich wszyscy lekarze oddziału oraz spora liczba kolorowych studentów zagranicznych. Wszyscy byli niezwykle cisi i zdyscyplinowani. Studenci robili notatki.

- Dzień dobry. Jak się pan czuje, panie Czesławie? - zapytał profesor.

- Dzień dobry. Jak się czuję? Nie najlepiej.

- A cóż to znaczy? Czy nie czuje się pan na siłach, aby jutro poddać się zabiegowi? Co panu dolega?

- Ja się boję.

- Czego pan się boi?

- Panie profesorze, tyle nasłuchałem się ostatnio o błędach lekarzy, że naprawdę boję się tej operacji.

Nastała głucha cisza. Tylko dźwięk przelatującej muchy trochę ją zakłócił. Profesor nic już nie powiedział. Cała grupa wyszła w milczeniu. Wieczorem do sali Czesława przyszedł znajomy chirurg – proktolog. Usiadł przy łóżku, popatrzył spokojnie na Czesława i powiedział:

- Proszę nie bój się, wszystko będzie dobrze. A ta Twoja dzisiejsza wypowiedź na obchodzie wywołała tu małe zamieszanie. Profesor był oburzony, a studenci chichotali.

- Ja nie chciałem takiego efektu.

- Wiem, wiem. Proszę powstrzymaj się na przyszłość z takimi komentarzami, bo przecież wiesz w jaki sposób ciebie tu umieściliśmy. Nie chcemy mieć kłopotów. OK.?

- OK.

- Za chwilę przyjdzie tu pielęgniarka i poda środek uspokajający i podobny dostaniesz jutro rano. Głowa do góry! Spotkamy się na sali operacyjnej.

Następnego ranka Czesław znowu otrzymał niebieską pigułkę i po kilku minutach świat stał się dla niego niezwykle przyjazny. Ubrany w jakiś dziwny strój – fartuch, zakładany przodem do tyłu (nie wiadomo dlaczego z gołymi pośladkami), stał w drzwiach i przyglądał się ruchowi na szpitalnym korytarzu. Był pierwszy w kolejce do „krojenia”.

- Czy dobrze pan się czuje? – zapytała pielęgniarka.

- Tak, dziękuję bardzo.

- Za chwilę przyjdę pana ogolić.

- Ależ to niepotrzebne, już się ogoliłem.

- To przygotowanie do operacji. Muszę wygolić klatkę piersiową.

- OK., rozumiem.

Po chwili przyszła z niezbędnymi narzędziami, na stojąco namydliła szyję i klatkę piersiową pacjenta i zaczęła szybko je golić starą maszynką. Nagle zadzwonił telefon, pobiegła do dyżurki. Zadowolony Czesław stał znów w drzwiach, a po szyi spływały cieniutkie stróżki krwi. Pielęgniarka ścięła mu bowiem wszystkie skórne wyrostki. Zupełnie nie przejmował się tym.

- Siostro, czy może mi siostra wytrzeć szyję, bo trochę brudzę fartuszek – rzekł do powracającej pielęgniarki.

- O rany, już coś zaradzę. Położyła na szyję zwitek tamponów. Czy czuje się pan dobrze?

- Tak, nie ma żadnego problemu. Tylko jeszcze bym się czegoś napił.

- Czy ja dobrze słyszę? Pił pan coś?

- Tak, suszyło mnie, więc wypiłem pół butelki wody mineralnej.

- Ło Jezu, Jezus Maria! Józefie święty! Coś pan narobił! Musimy zatrzymać operację!

- A czemu?

- Biegnę do doktora.

Czujna pielęgniarka miała rację. Wypicie płynów przed operacją mogło dosłownie utopić pacjenta, któremu za chwilę chirurg miał podrzynać gardło. Po konsultacjach lekarze uznali, że pacjenta będzie można operować po kilku godzinach, na końcu kolejki zabiegów. Niebieska tabletka powoli przestawała działać. Cudowny stan braku strachu i błogiego stanu świadomości zaczynał mijać. Czesław powoli powracał do swojego odwiecznego stanu obaw i strachliwości. Na szczęście, zanim tabletka przestała działać, zawieziono go na salę operacyjną. Błyskawicznie zasnął, czas stanął w miejscu, obudził się z przeświadczeniem, że jeszcze nie było zabiegu. Nic nie bolało, ale widok kroplówki i dziwnej rury biegnącej do szyi uświadomił mu radykalną zmianę sytuacji.

- Dzień dobry panie Czesławie – tymi słowami obudził go chirurg-proktolog.

- Dobry… wyjąkał spod maski lekko odurzony Czesiek.

- Już możemy zdjąć maskę, podamy jeszcze jedną kroplówkę – informował chirurg.

Proszę powiedzieć „Anna”. Słyszy mnie pan? Proszę wyraźnie powiedzieć „Anna”.

- O co chodzi? Moja żona ma na imię Danusia.

- Proszę powiedzieć „Anna”. Badam czy struny głosowe panu działają.

- Aha. Anna, Anna, Anna. Dobrze?

- Tak, wspaniale. Cieszę się, że nie uszkodziłem strun głosowych bo musiałbym płacić odszkodowanie, bo przecież głos, jak to u każdego śpiewaka operowego, jest pana najważniejszym narzędziem pracy.

Jak się pan czuje, Czesławie?

- Dobrze, nic nie boli i te struny działają. Tylko jakoś tak dziwnie piszczy mi w uszach. To męczy.

- Wszystko w porządku, te objawy wkrótce przejdą. Ten zabieg nie był łatwy.

- Co to znaczy? Czy zawsze nie jest łatwy?

- Nie, nie o to chodzi. W pańskim przypadku był trudny, bo po poderżnięciu gardła miałem spory problem. Pańska szyja nie jest elastyczna, jakiś problem z kręgosłupem. Miałem trudność z odchyleniem głowy i dlatego trudno było wyszarpać tarczycę.

- Wyszarpać?!

- Tak, a to nie mówiłem panu na czym ta operacja polega?

Dosłownie wyszarpywałem kawałki pańskiego mięsa i musiałem bardzo uważać, żeby nie uszkodzić strun głosowych.

- O Jezu… Czesiek omdlał z wrażenia.

- Panie Cześku, już dobrze, obudź się pan! – mówił chirurg lekko policzkując pacjenta. Udało się to po chwili.

Po wyjściu chirurga Czesiek ponownie wpadł w pół sen, pół letarg. Starał się wybudzać, męczyły go dziwne omamy.

- Halo, halo. Cień dobry – powiedziała salowa, której Czesiek, leżący na wznak, nie zauważył z powodu jej niewielkiego wzrostu.

- Dzień dobry. Co pani robi?

- Nie wici pan? Spsątam. A pan tylko spi i spi i ciwnie mrucy.

- Mam męczące sny.

- Erotycne? – sepleniąca salowa zaciekawiła się, bacznie i uważnie spoglądając na pościel pacjenta.

- Erotyczne też, ale głównie widzę płytę gramofonową, po której jakaś ręka szura drucianą szczotką. I potem piszczy mi
w uszach.

- To ciwne. To wcale nie jest erotycne – powiedziała wychodząc, zawiedziona tą odpowiedzią, maleńka salowa.




Raport z przesłuchania Janet James.

Calgary, Alberta 12 października 2005 roku.

- Dzień dobry, jestem agentem służb specjalnych. Nazywam się Mulder. Chciałbym przesłuchać panią w związku z dziwnymi wydarzeniami w naszej prowincji. Otrzymałem informacje, że pani jest osobą najbardziej dotkniętą niewyjaśnionymi zjawiskami. Proszę się nie śpieszyć i po kolei opowiedzieć, co pani wie w tej sprawie.

- Dobrze, postaram się ułożyć to chronologicznie. To nie takie proste. Wszystko zaczęło się dawno, gdy byłam dziewczynką. Mieszkałam w Terrace, w British Columbia. Miałam dziesięć lat. W Haloween postanowiliśmy w pobliskim lesie zabawić się w chowanego. Miałam na sobie ciemny strój, na głowie charakterystyczną czapkę czarnoksiężnika. Stanęłam pod drzewem i odliczałam do dziesięciu, aby później rozpocząć szukanie schowanych dzieci. Nagle ucichł wiatr, nastała nieprawdopodobna cisza, nie mogłam nikogo znaleźć. Czułam jednak, że jestem obserwowana. Nade mną zaczęło świecić silne, zielonkawe światło. Zaczęłam uciekać, światło dogoniło mnie i zawisło nade mną. A potem, gdy wyszłam z lasu, spotkałam całe grupy ludzi, którzy mnie szukali. Byli wśród nich rodzice. Mówili, że zniknęłam na całą noc. Nic więcej nie pamiętam z tego wydarzenia.
- Dlaczego mi to pani opowiedziała? Czy to w jakiś sposób łączy się z obecnymi wydarzeniami?
- Tak, oczywiście. To ma sens. Kilka lat temu, po rozwodzie z mężem, postanowiłam przenieść się do innego miasta i znowu spotkała mnie taka przygoda. Byłam już dorosłą, dojrzałą kobietą, matką dziesięcioletniej dziewczynki. Wracałam późną, wieczorną porą z pracy i po drodze zatrzymałam się na zakręcie szosy, w punkcie widokowym, aby popatrzeć na gwiazdy. To była bezksiężycowa, bezchmurna i ciemna noc, a gwiazdy wspaniale świeciły. Było ciepło, czułam się szczęśliwa obserwując niebo. Nagle zobaczyłam przed sobą trzy zielone gwiazdy, które wykonywały dziwaczne manewry. To wyglądało jakby zmieniały szyk. Przybliżały się do mnie. Nie byłam w stanie zrobić kroku. Światło opanowało mnie i reszty już nie pamiętałam. Gdy wróciłam do domu spotkałam się z pretensjami mojego partnera, że zniknęłam na kilka godzin. Zrobił mi wyrzuty, że musiał zawiadomić różne służby, które długo mnie poszukiwały.
- Powiedziała pani „nie pamiętałam”. Czy to znaczy, że przypomniała sobie pani tamte wydarzenia.
- W pewnym sensie tak.
- Jak to w pewnym sensie?
- Sądziłam, że coś złego ze mną się dzieje, że odchodzę od zmysłów i poszłam po poradę do psychologa. Po kilku wizytach zaproponowano mi seans hipnotyczny. Podczas seansu wyciągnięto ze mnie zadziwiającą opowieść. Otóż okazało się, że byłam dwukrotnie uprowadzona przez obce istoty – jako dziewczynka i dorosła kobieta. Wykonywano na mnie przerażające eksperymenty.
- Jak wyglądały te istoty?
- Miały około metra wysokości, głowy jak arbuzy, zwężające się do wąskich maleńkich ust. Nie miały nosa ani uszu. Miały wielkie migdałowe oczy, a na wysokości nosa rogową narośl. Ciała były bardzo kościste, rachityczne, dziwnie poruszały się skokami na boki.
- A na czym polegały te eksperymenty?
- Położono mnie na zimnym metalowym stole, nachylił się nade mną ktoś, kto myślami przekazał mi, że jest doktorem. Potem z sufitu zjechało wiertło otoczone lampkami i wkręciło mi się w podbrzusze. Zemdlałam.
- Czy potem obudziła się pani w domu?
- Nie. Obudziłam się w wielkiej sali, przywiązana do metalowego stołu. Dokoła, w kokonach, wisiały maleńkie istoty. To były płody obcych. Nie wiem jak, ale zrozumiałam, że jeden z płodów pochodzi z mojego ciała.
- To jest straszna opowieść. Sugeruje pani, że obcy pobrali od pani „jajeczko”, aby tworzyć jakieś hybrydy?
- Tak, właśnie tak to rozumiem. Oni chyba są słabi genetycznie i wzmacniają swoją rasę robiąc z nami krzyżówki.
- No dobrze, mniej więcej już wiem jaka jest pani wersja pewnych wcześniejszych wydarzeń. Co może pani powiedzieć o czasie współczesnym. Chodzi mi o to co wydarzyło się wczoraj.
- Wczoraj jechałam z pracy razem z koleżanką. To też była bezksiężycowa i bezchmurna noc. Koleżanka uparła się aby zatrzymać się w tym samym miejscu widokowym, w którym kiedyś wydarzyła mi się poprzednia przygoda. Odmawiałam, nie chciałam tu się zatrzymywać. Koleżanka była uparta. Tym razem nie zobaczyłam zielonych gwiazd, ale moją uwagę przykuły świecące się w blasku latarki oczy. Bałam się, bo w tej okolicy chodzą niedźwiedzie i pumy. W pewnym momencie zorientowałam się, że to nie są zwierzęta. W naszym kierunku szły małe istoty!
- Goniły Was?
- Przerażone zaczęłyśmy biec do samochodu. To było dziwne, bo czułam, że biegnę w zwolnionym tempie. Wsiadłyśmy do samochodu, silnik nie chciał zapalić. Krzyczałyśmy i panikowałyśmy. Za oknami pojawiły się istoty. Silnik jednak odpalił i uciekłyśmy im. Kilkanaście kilometrów dalej zjechałyśmy z szosy, wyłączyłyśmy silnik i zgasiłyśmy światła. Nikt nas nie ścigał.
- Czyli nie byłyście porwane?
- Tak to wyglądało, ale opanował mnie strach o los córki, która czekała na mnie sama w domu. Uruchomiłam silnik i z piskiem opon popędziłam do domu. Odetchnęłam z ulgą, gdy zobaczyłam ją spokojnie śpiącą w swoim pokoju. Wyglądało na to, że nic się nie stało. Myliłam się.
- Co to znaczy? Czy może pani to wyjaśnić?
- Następnego ranka była niedziela. Usiadłyśmy wszystkie trzy w kuchni, aby zjeść późne śniadanie. Zdziwiło nas to, że wszystkie miałyśmy podobne objawy - ból głowy
i szum w uszach. Córka sądziła, że to jest grypa. W pewnym momencie z nosa poleciała mi krew, za chwilę to samo przydarzyło się koleżance i nie minęła minuta, a moja córka dostała trudnego do opanowania krwotoku z nosa.
- Proszę pani, to może być zbieg okoliczności. Może faktycznie opanował Was jakiś wirus?
- Nie zgadzam się z panem. Gdy układałam osłabioną krwotokiem córkę w łóżku, zobaczyłam na jej stole dziwne rysunki. Na każdej kartce była narysowana istota z migdałowymi oczami. Gdy zapytałam ją co to takiego odpowiedziała, że te duszki odwiedziły ją w nocy. Jeden z nich nazywał siebie doktorem. Córka powiedziała, że go nie lubi i boi się, bo robi jej nieprzyjemne badania. Teraz już wiedziałam, że gdziekolwiek chciałabym uciec, to i tak mnie znajdą. A najgorsze jest to, że znajdą moją córkę i prawdopodobnie wszystkie kobiety w następnych pokoleniach. Coś im w nas pasuje. Przypomniałam sobie, że kobiety w mojej rodzinie często i szybko zachodziły w ciążę i często ulegały poronieniom, a płodów nie można było znaleźć…