Rozdział I

SKĄD SIĘ BIORĄ STARE CIOTKI?

Ciotki nie biorą się znikąd. Ktoś je wytwarza. Zazwyczaj powstają w mozolnym trudzie miłości małżeńskiej i przepoczwarzają się z małych, rozkosznych bobasków, w równie małe i rozkoszne dziewczynki, i później stają się małymi kobietkami. Po stosownym przepoczwarzeniu z małych kobietek w pełne i dojrzałe kobiety stają się materiałem na ciotki. I mogą nimi zostać już w fazie przepoczwarzania. Gdy rodzina jest liczna i liczne jest rodzeństwo „cioteczność” następuje błyskawicznie. Pamiętam widok dużego pokoju w małym domku, w maleńkim i cichym miasteczku z wybrukowanym ryneczkiem. Na środku pokoju stał duży stół, a wokół niego rozsiadły się stare ciotki. Tych, które przekroczyły wiek osiemdziesięciu lat było co najmniej kilka. Nestorka na pewno miała sto lat. Wszystkie ubrane jak w dziewiętnastym wieku wyglądały na przeniesione z czasów lampy naftowej. Ciotki wraz z całą rodziną jadły placki i piły herbatkę. A znudzone dzieci biegały po maleńkim, prostokątnym, brukowanym podwórku, na którym jedyną atrakcją był stary rower. 

Tak, stare ciotki nie są ciekawe dla dzieci, a te które szczypią po twarzy są szczególnie nieciekawe i wręcz niebezpieczne. Historia tamtych ciotek oraz naszej „podciotki”, będącej bohaterką tej opowieści, narodziła się wraz z odzyskaniem przez nasz kraj niepodległości. Te stare ciotki z małego miasteczka były rodzeństwem nestora rodziny, która wydała na świat bohaterkę tej opowieści. 

A zaczęło się to tak: po pierwszej wojnie światowej do rodzinnego miasteczka powrócił spragniony szczęścia i spokoju wojak. Długo nie odpoczął, bo tym razem ojczyzna wezwała go znowu do walki i wraz z wieloma mu podobnymi został powstańcem walczącym o powrót Polski na mapę świata. Ta rzecz powiodła się i wojak wreszcie mógł założyć rodzinę oraz pracować dla dobra swojej ojczyzny. Wyniszczony kraj potrzebował rąk do pracy więc nasz wojak wraz z małżonką, spełniając patriotyczny obowiązek, zabrał się ochoczo i z przyjemnością do zmieniania struktury demograficznej miasteczka. Powołał do życia gromadkę dzieci i zadbał o jej byt tworząc małe przedsiębiorstwo. Nie był bogaty więc pobrał kredyty i firma tak dobrze zaczęła prosperować, że bez problemu spłacał je regularnie a dzieciom niczego nie brakowało. 

Przepoczwarzające się z bobasów ciotki poczuły się wybrańcami losu, „małymi księżniczkami”. Niczego im nie brakowało więc małe ciotki dbały głównie o urodę i dobre wykształcenie. Były urodziwe, sprytne i inteligentne więc adoratorów im nie brakowało. Zaczynały rozumieć życie i zaczynały też rozumieć jak się w nim dobrze odnaleźć. Ich bracia (mali wujkowie) cieszyli się dzieciństwem i młodością w inny sposób. Woleli sport i psikusy od ślęczenia w szkolnych ławkach. Przyszli wujkowie podążali zupełnie inną drogą niż przyszłe ciotki.



Rozdział XIV

STATKI, SAMOLOTY, POCIĄGI, AUTOBUSY, SAMOCHODY

Od kiedy ją tylko pamiętam, zawsze podróżowała. Przypuszczam, że niewiele jest środków komunikacji, których nie poznała. Myślę, że nie leciała helikopterem i promem kosmicznym. Podróż przez całe życie – czyż to nie jest frapujący sposób jego wypełnienia? Ze wspólnych doświadczeń pozostały mi w pamięci obrazy podróży koleją do Krakowa, przepychania się przez dworce, jazdy autokarem do Zakopanego, kolejki na Kasprowy Wierch, a w moim mieście jeżdżenia w jakiejś dziwnej taksówce – Warszawie pick-up, która miała tylko jedną kanapę.

Ciągle ją gdzieś gnało, ciągle gdzieś jeździła. Przy okazji jeździło z nią każde dziecko które akurat wzięła ze sobą. Poznała życie na morzu, płynąc statkami do Indii i do Afryki, zjeździła również pół Europy koleją, bo miała maksymalne ulgi na bilety. Latała wieloma samolotami, między innymi małym samolocikiem nad Las Vegas, gdzie z powodu przeciążenia poleciała jej krew z uszu (pękły bębenki?). Zjeździła większość terytorium Stanów Zjednoczonych za pomocą linii Greyhound, a w każdym możliwym miejscu korzystała z uprzejmości krewnych i znajomych, którzy obwozili ją przeróżnymi samochodami.

Nie znała się zupełnie na samochodach i potrafiła jedynie podać ich kolor, ale wiem, że zaliczyła w swym życiu jazdę także najdroższymi limuzynami świata. Najwięcej podróży wykonała za pomocą autokarów, kolei i samolotów pomiędzy Anglią a Polską. Zawsze wszystkim mówiła i upierała się, że samochody nie są w życiu potrzebne i że jest zdrowa, bo wszędzie dociera piechotą. No cóż, gdyby tak było to daleko by nie zaszła. Bardzo, oj bardzo wygodne było korzystanie z uprzejmości innych ludzi, a gdy tylko ci inni jakoś ją wkurzyli to fajnie było wkłuwać im szpilę mówiąc, że „są rozpasani bo kupują samochody i że główną przyczyną ich dolegliwości jest lenistwo”.

Ta perfidna hipokryzja i złośliwość delikatnie szarpała samoocenę ludzi, dla których posiadanie (często starego) samochodu było jedynym sukcesem życiowym, jedyną radością w smutnej PRL-owskiej rzeczywistości. Gdyby nie te stare samochody, przynajmniej w mojej rodzinie, dzieci nigdy nie spędziłyby tak szczęśliwych wakacji ze swymi rodzicami w górach, nad morzem czy nad jeziorami. Dlaczego piszę tak ostre słowa: „złośliwość”, „hipokryzja”, „perfidia”? Otóż nie mogę jej wybaczyć tego, że pod koniec życia, znając stan zdrowia swego ponad osiemdziesięcioletniego brata, widząc jak umiera na jej oczach, potrafiła wielokrotnie i bez żadnych skrupułów, całymi dniami angażować go do wożenia swej osoby po całym mieście i jeszcze do tego wymagać, by pomagał jej nosić walizki. Brat ten był za każdym razem wpuszczany w głupie sytuacje i nie był w stanie odmówić pomocy. A przecież ciotka nie była biedna, stać ją było na taksówki i inne środki lokomocji...

Przez wiele lat pełniłem rolę jej osobistego taksówkarza gdy przyjeżdżała do Polski. Odbierałem ją z dworców i lotniska, woziłem po całym mieście. Tak się złożyło, że dość często wymieniałem jednego grata na drugiego i zawsze byłem szczęśliwy z takich osiągnięć życiowych. Na ciotce nie robiło to żadnego wrażenia. Niektóre moje pojazdy wręcz wyśmiała: na „malucha” (czyli Fiata 126p) powiedziała, że powinienem wyciąć dziurę w dachu bo się nie mieszczę, a na super Matiza z klimatyzacją powiedziała, że kupiłem głupi samochód, który nie ma bagażnika bo jej walizki się nie mieszczą.

A jednak w pewnym momencie życia nie mogła nie zauważyć mojego samochodu. Wygrałem bowiem w konkursie wspaniały kabriolet Nissana. Gdy odbierałem ciotkę z samolotu i otworzyłem automatycznie dach była tak zdumiona, że zaniemówiła, co w jej przypadku było ewenementem. A gdy pół roku później wygrałem kolejny samochód to skomentowała to krótko: „Chyba masz konszachty z siłami nieczystymi”... Te moje samochody narobiły niezłego zamieszania w rodzinie. Nie spodziewałem się, że takie wygrane mogą całkowicie odmienić życie.