Gorące lato i mroźna zima to polska powieść erotyczna z elementami dreszczowca, to zbiór opowiadań pozornie niemających ze sobą związku. Spoiwem łączącym te opowieści są relacje uczuciowe i doznania intymne różnych ludzi. Książka porusza tematy tabu, oraz niepoprawne politycznie. Przeznaczona jest dla osób dorosłych.

(Poniżej - "grzeczne" fragmenty)



Pewex

Kolejny dzień - kolejne przygody. Joanna postanowiła kupić nowe spodnie. Okazało się, że ma w ręku kilkanaście dolarów. Ryszard przyszedł do niej w południe i tym razem bez pieska wyruszyli w kierunku największego sklepu z zagranicznymi produktami nazywanego Pewexem.
Dla dzisiejszego piechura byłby to wyczerpujący spacer, ale dla młodych, wypoczętych i silnych ludzi przejście kilku kilometrów nie sprawiało żadnego kłopotu. Przy okazji przyglądali się leniwemu, letniemu życiu miasta, przejeżdżającym tramwajom, autobusom, samochodom. Raz po raz chwytali swoje dłonie, raz po raz obejmowali się.
W końcu dotarli do sklepu mieszczącego się przy bramie wjazdowej do poznańskich targów. Przed sklepem zaczepili ich nielegalni sprzedawcy dewiz i bonów dolarowych nazywani cinkciarzami. Joanna nie potrzebowała takiej usługi i dlatego oboje grzecznie i spokojnie ominęli tych panów.

Pewex był innym światem, był miejscem gdzie młodzi ludzie mogli nasycić oczy kolorowym wymiarem kapitalizmu. Wszelkie przedmioty tam kupowane były drogie, ale każdy wchodzący klient chciałby urwać chociaż kawałeczek tego luksusu kupując spodnie, bluzkę, alkohol, albo tylko balonową gumę do żucia marki Donald z kolorowym, śliskim papierkiem z podobizną jakiegoś sportowego samochodu...  
Joanna podeszła do ekspedientki, podała swoje wymiary i dostała do ręki wspaniałe, granatowe dżinsy. Ryszard obserwował to z wielkim podziwem, bo dotychczas nie wchodził do takiego sklepu. Dziewczyna wzięła spodnie i weszła do kabiny w celu ich przymierzenia. Coś tam długo manewrowała. W sklepie znajdowała się spora liczba starszych pań, które przeglądały i przebierały bluzeczki oraz różne bibeloty. Nagle zza kotary Ryszard usłyszał:

- Chodź tutaj, pomóż mi.
- Do kabiny? - zapytał.
- No tak, przecież mówię, no proszę - powtórzyła prawie błagalnie. Ryszard posłusznie wszedł do jasnej kabiny, zasłoniętej białą kotarą. Zobaczył Joasię, która miała jakiś problem z dopięciem rozporka, a w nim miedzianego, sztywnego zamka błyskawicznego. Wyglądało na to, że spodnie były za wąskie lub zamek zacinał się. Wobec tego chwycił mocno dziewczynę w pasie i trzymając z tyłu próbował dopiąć zamek.
- Och - jęknęła Joanna.
- Bolało? - zapytał Ryszard.
- Nie, może trochę za ciasno to tu wchodzi - odpowiedziała.
- Skandal! Skandal ! Co tam się wyrabia! - wrzasnęła chrypliwym głosem starsza, wysuszona pani.

Bezczelnie odsłoniła kotarę i zobaczyła w tym momencie dziewczynę w majtkach, ze zsuniętymi do połowy ud spodniami i stojącego za nią, obejmującego ją w pół, czerwonego na twarzy chłopaka.

- No coś takiego! Smarkacze! W miejscu publicznym! Dziwka! - wrzeszczała staruszka.
- Stara pani, co się pani tak wydziera? Zazdrości czy co? - odpaliła Joanna, która w tym momencie wciągnęła na siebie stare spodnie.  Po chwili podeszła do lady i poprosiła o inną parę.

Staruszka wraz z koleżankami, groźnie wymachując laską, opuściła sklep. Ekspedientki nie były zadowolone, bo wyszły ich stałe dobre klientki. Zaczęły więc nieprzyjaźnie mruczeć. Niczym nie zrażona dziewczyna poprosiła o drugą parę dżinsów, które okazały się być dobre, a przy płaceniu, na kąśliwą uwagę ekspedientki dotyczącą złego zachowania odpowiedziała, że jej pieniądze są tak samo dobre jak tych starych bab. Ryszard zdumiony zaniemówił. Niczym nie zrażona, wkurzona Joanna zapłaciła 17 dolarów, chwyciła paczuszkę z napisem Pewex, drugą ręką objęła Ryszarda i dała mu buziaka w policzek. Oszołomiony wyszedł ze sklepu zataczając się jak pijany. Ten spokojny chłopiec dotychczas nie miał podobnych doświadczeń i nigdy nie ośmielił się dyskutować z dorosłymi. To wszystko było dziwne.




Gubałówka

Następnego dnia studenci postanowili zdobyć pierwszą górę. Na początek, na rozgrzewkę wybrali Nosala. Zatem po wyjściu z kwatery udali się na przystanek autobusowy i pierwszym autobusem dotarli do Zakopanego. Z dworca autobusowego już na piechotę dotarli do szlaku turystycznego i wspinając się szybko dotarli na górę, z której zobaczyli wspaniały widok. Tego dnia mocno świeciło słońce i przejrzystość powietrza była idealna. 

Bardzo krótko podziwiali widoki, bo Darek nadawał grupie tempo wręcz sportowe. Właściwie próbował pokonać wszelkie możliwe rekordy czasu wejścia i zejścia. Wszyscy za nim pędzili, wręcz biegli po ośnieżonych, śliskich ścieżkach. Nikt nie chciał być uznanym za słabego, więc dysząc i sapiąc niemiłosiernie dali się wciągnąć w tę głupotę.
Skonani, zdyszani, zeszli potem do miasta, by pochodzić po ulicach i uliczkach. Część towarzystwa postanowiła powrócić do Poronina przez Gubałówkę.
Wjechali kolejką na tę górę, wypełniając szczelnie kolejne wagoniki. Młodzi ludzie byli szczupli, potrafili wcisnąć się i dobrze wpasować w każdy środek lokomocji. To byli w końcu studenci, ludzie z miasta. 

Na szczycie góry owiało ich bardzo mroźne powietrze. Pomimo bezchmurnego nieba i ostrego światła słonecznego, silny wiatr powodował błyskawiczne marznięcie nosów, uszy, podbródków. Chwilę postali przy lunecie, przez którą można oglądać panoramę Tatr, a później skręcili w prawo, by idąc wierzchołkiem góry zobaczyć jakieś ciekawe miejsca. Oprócz kilku starych chat góralskich, oraz kolejnego miejsca widokowego, nic ciekawego tam nie znaleźli. Zawrócili i poszli wierzchołkiem góry w kierunku Poronina.
Pod butami skrzył się śnieg, szli wąską drogą, którą zapewne dostarczano zaopatrzenie do „gubałówkowego” schroniska. W pewnym momencie, po minięciu zabudowań, droga zaczęła prowadzić przez gęsty las. Szli, szli i dojść nie mogli. Niektórzy zaczęli narzekać, inni zaczęli podejrzewać, że prowadzący grupę zgubił drogę. Prowadzącym, jak zawsze, był Darek. Ubrany i wyposażony jak co najmniej taternik lub himalaista, denerwował się takimi insynuacjami. Miał przy sobie specjalne mapy topograficzne, kompas oraz wojskową lornetkę. Taki człowiek nie może się zgubić! W końcu uznał, że znalazł odpowiednie miejsce i rzekł:

- To tu.
- Znaczy się co tu? - zapytał niepewnie Rysiek.
- No jesteśmy prawie na miejscu - odparł Darek.
- Jak to? Stoimy w środku lasu - powiedziała Julia.
- No musimy wejść w las w kierunku wschodnim - wyjaśnił Darek
- I co, będziemy zbierać grzyby? - złośliwie zapytał Paweł.
- A w nos chcesz dostać? Tam za lasem jest Poronin.
- No jeśli tak uważasz to zaryzykujemy. Zapewniasz nam niezłą przygodę, ale do zmroku daleko, więc idziemy - powiedział spokojnie Czesław.

Na szczęście las w tym miejscu nie był gęsty i jakoś między drzewami można było spokojnie przechodzić. Śnieg nie był wysoki i wkrótce młodzi ludzie zeszli po łagodnym zboczu do... szerokiego potoku, właściwie mówiąc górskiej rzeki. Była to Zakopianka, która niedaleko od tego miejsca stawała się Białym Dunajcem.
Faktycznie, byli w Poroninie, ale po drugiej stronie rwącego, zimnego potoku o szerokości około 20 metrów. W pobliżu nie było żadnego mostu, żadnej kładki. Co tu zrobić? Ponownie wdrapać się do lasu i poszukać drogi? 

Darek wymyślił przeprawę - w miejscu, gdzie był uskok rzeki zobaczył bród i płytko ułożone kamienie. Nakazał wszystkim ściągnięcie butów, związanie sznurowadłami, zarzucenie ich na szyję, podciągnięcie nogawek i spódnic, chwycenie się za ręce i przemaszerowanie w poprzek rwącego potoku. W ten sposób przez lodowatą wodę dziesięcioosobowa grupka powoli przedostała się na drugi brzeg. Nie spodziewali się zadziwiającego efektu - stopy i łydki zrobiły się gorące! Sądzili, że czekają ich odmrożenia, a tu coś takiego! Dziwne.
W końcu dotarli do kwatery w Poroninie i w jej pobliżu postanowili zrobić ważne zakupy. Oczywiście najwięcej było napojów, a żywności mało. Chłopcy zakupili kilka skrzynek piw i kilka butelek wódki. Wieczorem rozpoczęli imprezę polegającą na śpiewaniu, czyli fałszywym zawodzeniu piosenek Leonarda Cohena przy piciu napojów wyskokowych. Najtrudniejszym dla Ryśka było chrapliwe zawodzenie pijanej Zosi, dyszkant Wacka i rzępolenie Pawła po strunach źle nastrojonej gitary. Gdyby nie alkohol byłoby to nie do wytrzymania. Rysiek postanowił „zapić” tę sytuację, czyli wypić tyle ile się da. To było dość trudne, bo głowę miał mocniejszą od większości tego towarzystwa. Mniej pijany, a bardziej zmęczony, przytulił się do pleców Zosi. Zasnął.
Pod ich łóżkiem, w dużej kałuży rozlanego piwa, leżała pijana mysz. Nad ranem wyzionęła ducha. Małe zwierzątka nie wytrzymują takiej ilości alkoholu.



Wróżba

W drodze powrotnej do Poznania Rysiek usiadł naprzeciw pięknej Magdaleny. Zagadnął, zażartował. Powiedział, że od dziecka ma niezwykłe zdolności przewidywania przyszłości. Magdalena poprosiła o wróżbę. Ryszard chwycił jej rękę, przesunął palcem po liniach na dłoni i powiedział jej, że czeka na nią w przyszłości spotkanie z przystojnym blondynem. Dziewczyna była zafascynowana wróżbą, ale chyba nie wiedziała, że tym blondynem chciał być Rysiek. A może się domyślała?...

Wyprawa do Zakopanego mocno zintegrowała grupę studentów. Postanowili zatem w tym samym gronie pojechać jeszcze w inne miejsca. Wkrótce nadarzyła się okazja. Z jakiejś tam socjalistycznej okazji, cała ta grupa, wraz z innymi podobnymi grupami młodzieży, za pieniądze socjalistycznej młodzieżowej organizacji, mogła pojechać do Łagowa. Do zabytkowego pociągu wsiedli studenci, a do uczelnianego gazika wypełnionego szturmówkami i plakatami wsiedli „działacze”. Gazika prowadził szalony kierowca, który pędził jak Niki Lauda. Działaczom to nie przeszkadzało, niektórzy nawet zasypiali. 

W pewnym momencie jeden z działaczy - uczelniany fotograf, zauważył że kierowca znużył się i zasypia za kierownicą. W ostatnim momencie krzyknął:

- Kurwa! Płot! Jedziesz w płot!

Kierowca w ostatnim momencie nacisnął na hamulec, wszyscy poprzewracali się, a samochód uderzył w płot jakiejś posesji. Na szczęście nikomu nic się nie stało. Samochód miał wgnieciony błotnik i przebitą oponę. Trzeba było wysiąść. Po wyprostowaniu błotnika za pomocą korby i łyżek do zakładania opon, oraz po założeniu koła zapasowego, wszyscy zajęli miejsca w gaziku. Mieli nadzieję na dotarcie do celu podróży bez nowych przygód. Niestety, stary wojskowy pojazd zakrztusił się, podskoczył kilka razy do przodu i zgasł. Wymiana przepony w pompie paliwa zajęła kolejną godzinę. „Działacze” mieli dotrzeć wcześniej, ale przez te przygody dotarli jako ostatni. Nie zdążyli na czas porozwieszać niezwykle dla nich istotne flagi i plakaty dotyczące rozwijania w Polsce demokracji socjalistycznej.

W Łagowie studenci czuli się jak królowie. Zakwaterowanie było bardzo dobre, a wyżywienie w zamku wyśmienite. I to wszystko za darmo! Nie ma to jak znaleźć się wśród socjalistycznych „celebrytów”. Celebrowanie za darmo jest czymś bardzo miłym. Jedynie za dodatkowe trunki trzeba było zapłacić.

Wieczorem wszyscy spotkali się w dużej sali konferencyjnej. Na widowni zasiadła gawiedź studencka, a  na scenie znana już nam gitarowa ekipa śpiewająca (właściwie mówiąc zawodząca) smętne piosenki Leonarda Cohena. Śpiewali długo, intensywnie, jak w amoku. Znudzona publiczność kurtuazyjnie i bardzo delikatnie oklaskiwała kolejne smutne piosenki. Spora grupa słuchaczy opuściła to widowisko, udając się nad jezioro. Tam rozpalili ognisko i zaczęli pić duże ilości wódki, taniego wina i kiepskiego piwa. Zaczęły się harce. Niektórzy rozbierali się do naga i wchodzili do jeziora, inni dobierali się w przeróżne parki i chowali po krzakach. Niespodziewana ulewa zatrzymała tę orgię. 
Wobec tego wszyscy powędrowali do kwater. Były to pokoje sześcioosobowe. W tych pokojach dopijali resztki z butelek, znużeni kładli się w łóżka. 

Rysiek nie mógł zasnąć. Przed oczyma przesuwały mu się wszystkie zadziwiające obrazy całego dnia. Pierwszy raz widział coś takiego, nie czuł się na swoim miejscu. Nie rozumiał dlaczego ci młodzi ludzie otwarcie nie rozmawiają ze sobą, dlaczego podczas spotkań tylko smętnie śpiewają, dlaczego zachowują się prymitywnie. 
Gdy tak sobie rozmyślał zobaczył światło otwieranych drzwi. Ujrzał w nich sylwetkę Pawła. Po chwili w drzwiach zamajaczyła sylwetka jakiejś dziewczyny. To była Zośka! Rysiek dostrzegł, że konturowa ręka dziewczyny chwyta konturową sylwetkę chłopca w miejscu intymnym i przez pewien czas pociera to miejsce. Po chwili kontur mężczyzny położył się do łóżka, a za nim, lekko się chwiejąc, podążył kontur młodej kobiety. Łóżko zaczęło niemiłosiernie trzeszczeć i stukać. W tym momencie wszyscy chłopcy w pokoju obudzili się. Udając śpiących, wsłuchiwali się w głośne, szybkie pojękiwania ulubionej koleżanki i sapanie sympatycznego kolegi.

Rysiek pomyślał: „O kurwa, ale kurwa...” i szybko zasnął chrapiąc od razu straszliwie.

Nad ranem uczestnicy tej imprezy szli brukowaną drogą na pobliską stację kolejową. Nie wiadomo czy z powodu kaca alkoholowego, czy kaca moralnego, Ryszard do nikogo się nie odzywał. Nadjechał stary parowóz, który ciągnął za sobą tylko trzy wagony pasażerskie. Młodzież szczelnie wypełniła wszystkie miejsca. Smętna ekipa gitarowa znów rozpoczęła swój niekończący się koncert pieśni Cohena. Ryszard uciekł od tego jak mógł najdalej. Za nim podążyła śliczna dziewczyna o piwnych oczach. Miała długi, gruby warkocz opadający na jedno z ramion. Gdy usiadł na jakiejś skrzyneczce w „przedsionku” wagonu, dziewczyna zaczepiła go mówiąc:

- Czy źle się czujesz? Dziwnie wyglądasz.
- Trochę tak, chyba źle się czuję - odpowiedział cicho.
- Wypiłeś za dużo wczoraj?
- Tak, wypiłem za dużo.
- Chcesz jakąś pastylkę? Mam przy sobie Alka Prim.
- Nie, dziękuję, to mi raczej nie pomoże - drżącym głosem odparł Rysiek - dziękuję, chcę teraz być sam, jesteś miła i piękna, ale… sam ze sobą na sam... najlepiej się mam...

Dziewczyna zrobiła „wielkie oczy”, nic nie odpowiedziała, opuściła głowę i ze smutną miną powędrowała w kierunku smętnej orkiestry zawodzącej piosenki Leonarda Cohena. 
Usiadła przy Wacku. Każde zawodzenie zachrypniętej Zośki Rysiek odczuwał jak kolejny sztylet wbijany w serce i w głowę.




Nowojorskie wieże

Zdarzyło się to 11 września 2001 roku. Do kina, na romantyczną komedię Woody Allena, umówiły się dzień wcześniej dwie koleżanki - Marysia i Ewa. Marysia miała chandrę i to właśnie ona namówiła Ewę na ten seans. Ewa  nie miała wielkiej ochoty, ale „czego się nie robi w imię damskiej przyjaźni”.
Około godziny 14-tej Ryszard wrócił z pracy bardzo zmęczony. Zadowolony z powrotu do domu, zasiadł do pysznego obiadu przygotowanego przez uroczą żonę. Włączył telewizor, by posłuchać wiadomości ze stacji TVN24. Zaczął powoli jeść ulubione Leczo, a małżonka krzątała się jeszcze w kuchni. Na ekranie telewizora zobaczył zadziwiający obraz - dymiącą wieżę w Nowym Jorku.

- Co to za film? - zapytała Ewa wnosząc na stół herbatę.
- Nie wiem, dziwne, to jest kanał informacyjny - odpowiedział Ryszard.
- Może reklama jakiegoś filmu?
- Jezus Maria! To nie jest film!
- To znaczy, że tam jest straszny pożar?
- To nie jest pożar! Piszą na belce, że to jest atak terrorystów - powiedział Rysiek, który wreszcie uruchomił głos w telewizorze.
- Bomba?
- Nie, nie... Porwali samolot i uderzyli w wieżowiec! Patrz, lecą w drugi wieżowiec! - prawie krzyknął Ryszard, któremu zadrgała z przerażenia broda, a w kącikach oczu pojawiły się łzy.

Po chwili zadzwonił telefon.

- Halo, słucham - Ewa podniosła słuchawkę.
- To ja, Marysia, gdzie się spotkamy?
- Słuchaj, tu się dzieją straszne rzeczy, może odwołamy kino?
- Jakie rzeczy?
- No, atakują wieże w Nowym Jorku. Boję się bardzo - rzekła Ewa.
- A co nam do tego, daj spokój, to daleko jest - powiedziała obojętnie Marysia.
- Ale to może być wojna, trzecia wojna światowa!
- E tam, słuchaj, podjadę za chwilę po ciebie pod dom. Film nas zrelaksuje. Potrzebuję tego bardzo, bo mam dużą chandrę.

No i w końcu przyjaciółki pojechały do kina. Na sali nie było widzów. Film był pogodny, zabawny, ale obydwie kobiety nie były zrelaksowane. Nie mogły skupić myśli, nic nie rozumiały z dialogów przesuwających się na dole ekranu. Ewa myślała o III wojnie światowej, Marysia myślała o swoich problemach z mężczyznami, o zerwaniu z Dominikiem, o szczerbatym Franku, o poprzednich romansach. Marysia była niezwykle skryta, ani słowem nie zdradzała swoich rozterek jakiejkolwiek koleżance. Nie umiała, nie potrafiła się zwierzyć, nie potrafiła się „otworzyć”, wszystkie problemy chowała w sobie...




stat4u stat4u