Zazwyczaj szczury jako pierwsze uciekają z tonącego okrętu.
Wyczuwają niebezpieczeństwo i ratują swoje życie.
Są takie miejsca, skąd szczury nie mogą uciec.
To miejsca, które wybierają na ostateczny spoczynek.


WSTĘP

Godzina siódma, minut czterdzieści. Cisza i chłód szkolnego budynku. Na początku długiego korytarza stoi mały chłopiec. Patrzy przez okno na puste, kwadratowe podwórko z jednej strony zamknięte budynkiem sali gimnastycznej. Kiwają się i skrzypią obwisłe, brązowe drzwi ubikacji. Hula wiatr po szerokiej klatce schodowej. Dlaczego nikogo tu jeszcze nie ma? Pozorny spokój ale coś w żołądku skręca. Nic się nie dzieje, a jednak strach zaczyna przenikać całe ciało. Słychać już jakieś stłumione głosy. Czy te głosy są w jego głowie? Słyszy niezrozumiałe upomnienia, wymagania, pretensje. Czuje niemoc i ośmieszenie. Zaczyna biec po długim korytarzu. Ucieka ale nie ma gdzie uciec. Dobrze wie, że na końcu korytarza są tylko zamknięte drzwi do szatni sali gimnastycznej. Pomimo tego biegnie, ledwo łapiąc powietrze chociaż za nim wcale nie widać prześladowców. Wpada w panikę. Zatrzymuje się, chce wyskoczyć przez okno tam gdzie jest pustka dziedzińca. Chwyta za klamkę, nie może otworzyć okna bo zardzewiała i zaklejona farbą klamka stawia opór. Okno jest za duże i za ciężkie. Oblewa go zimny pot, trzęsie się. 

Budzi się. Dociera do niego świadomość. Uff. Jeszcze jest sierpień, ostatnie spokojne dni. Przecież dopiero za tydzień pójdzie do szkoły i, jak od wielu lat, będzie uczyć dzieci. Ten sen przytrafił się naszemu bohaterowi trzy razy. Za pierwszym razem sen pojawił się gdy był uczniem szkoły podstawowej, za drugim razem przed zimową sesją egzaminacyjną i za trzecim razem w sierpniu, właśnie przed rozpoczęciem kolejnego roku szkolnego. 

Szczury, szczury, szczury szkolne. Biegają w podziemiach, pływają w fekaliach. Całe życie unikają wrogów. Żyją w tajemniczej społeczności. Potrafią łączyć się w grupy, które błyskawicznie zagryzą ofiarę. Potrafią ścigać się i bezlitośnie konkurować między sobą. Potrafią samotnie przeżyć w trudnych warunkach. Cała populacja nie do zaje...chania. A jednak na każdego z nich przychodzi kres. Gdzie umierają? Gdzie wybierają miejsce spoczynku? Otóż często wybierają podziemia szkół! Bo ten, który raz wejdzie do „szkoły” i na całe lata z nią się zwiąże już z niej nie potrafi wyjść. Nie zna innego świata, nie zamierza poznawać świata, obawia się innego świata i nie umie żyć w innym świecie. Wygodnie jest żyć z resztek i wśród nich skonać. Cmentarz szczurów. 

Krzysztof – bohater opowieści „urodził się” w szkole. No, nie dosłownie w rozumieniu porodu na terenie szkolnej placówki. Nie urodził się zatem w szkole fizycznie lecz spędził w niej całe życie. Kiedyś dawno temu powstała „Opowieść wigilijna”. Oto przed Waszymi oczyma rozpoczyna się „Opowieść edukacyjna”


Rozdział V Szkolne zwierzaki

W każdej szkole żyją sobie po cichu przeróżne zwierzaki. Nie dotyczy to oczywiście pracowni biologicznych gdzie ku uciesze dzieci męczy się świnki morskie, żaby i ryby. Chodzi tu o dzikie stwory, które upodobały sobie szkołę jako miejsce narodzin, życia i śmierci. Podczas roku szkolnego potrafią umiejętnie chować się i maskować. Mogą to być owady, gady, płazy, ptaki i ssaki a nawet ryby. Zazwyczaj są niewidoczne zarówno dla dzieci jak też dla pracowników szkoły. Musi nastąpić jakaś wyjątkowa okoliczność aby ktoś je zauważył i wówczas staje się to sensacją jednego dnia.

Od samego dzieciństwa Krzyś widywał w szkole te zwierzaki i traktował je jako integralną część życia szkoły. Widywał stada kotów, rozliczne – małe i duże szczury, pojedyncze kuny, czasem jakieś żaby i jaszczurki, a z ptaków: wróble, jaskółki, gawrony, sroki i sikorki. Wśród owadów prym wiodły karaluchy i czasem pojawiały się większe ilości os, pszczół i bąków. Szerszenie raczej nie pojawiały się w tych latach. Gniazda szerszeni na budynku szkolnym spotkał dopiero w dojrzałym wieku.

Dlaczego te zwierzaki upodobały sobie budynki szkolne? Odpowiedź jest bardzo prosta. Szkoły wytwarzają mnóstwo pożywienia z resztek nie zjedzonych śniadań dzieci i pracowników szkoły, ale przede wszystkim z resztek wytwarzanych przez szkolne kuchnie i stołówki. Pomimo zazwyczaj wielkiej pazerności pracowników takich przybytków, gnijących resztek jest tak dużo, że z okolic ściągają wszelkie stwory.

Nieprzyjemne i tajemnicze były szczury. Niektóre, te najstarsze potrafiły osiągać wielkość kota, były brunatne lub siwe i nie bały się niczego. Potrafiły pływać w kanalizacji. Jeden z nich w mieszkaniu Krzysia wyskoczył w nocy z muszli klozetowej i narobił strasznego hałasu. Nawet stadko kotów rozpierzchało się przed takimi potworami. Ojciec Krzysia walczył z nimi jak mógł, ale też się ich bał. Starał się zwykle zagnać takiego draba do pustego pomieszczenia i tam go zagłodzić. Czasem wykładał jedzenie wypchane gipsem i wtedy szczury ginęły w strasznych cierpieniach a czasem walczył ze szczurami za pomocą łopaty lub wielkich, długich i ostrych narzędzi znajdujących się w kotłowni. Jedno z nich wyglądało jak gigantyczna szpilka do zrazów. Gdy udało się zabić starego szczura to potem jakiś dzień lub dwa trzymał go powieszonego na poręczy metalowych schodów – tak dla postrachu dla innych szczurów. Później brał to ścierwo na łopatę, wrzucał do pieca i przez mały lufcik z wielką satysfakcją obserwował kremację potwora.

Na wiosnę najmilsze dla Krzysia było obserwowanie jaskółek, które upodobały sobie okap nad oknem jego pokoju aby co rok budować tam gniazdo. Gdy pojawiały się młode pisklęta, słychać było ich cichy pisk, a gdy uczyły się latać to Krzyś wiedział, że zbliżają się ciepłe dni i radosny okres wakacji.

Szczególnym sentymentem Krzyś darzył pewnego oswojonego kota szkolnego, którego nocny stróż – wielki drab zwany Arbuzem, ochrzcił imieniem Leszczyński. Było to nazwisko kierownika szkoły czyli sławetnego Banana. Gdy niektórzy wołali do tego kotka: „Leszczyński, kici kici” to niejeden z przypadkowych obserwatorów boki zrywał ze śmiechu. Kot Leszczyński oczywiście reagował na te wołania, bo dostawał miseczkę mleka, a czasem nawet śmietanki. Krzyś nigdy nie spotkał potem tak inteligentnego zwierzaka. Kot potrafił bawić się w „siatkówkę” odbijając łapkami kawałki węgla, jadł siedząc pionowo jak zając i podawał sobie kęsy łapką. Chodził na spacery z rodziną Krzysia jak oswojony piesek. Kot Leszczyński szczególnie uwielbiał spacery platanową aleją w kierunku cytadeli. Szedł równiutko przy nodze, a gdy zobaczył psa to wchodził na drzewo, spokojnie odczekał w koronie drzewa, potem schodził i znów spokojnie szedł przy nodze. Miał jedną wadę – był bardzo leniwy i nie polował na myszy i szczury. Natomiast Minia czyli matka Leszczyńskiego, zawsze dzika i nie poddająca się oswojeniu była bardzo „łowna”. Pewnego razu upolowała kilka małych szczurków, a potem poukładała je kolejno w korytarzu piwnicy. Szczurki leżały posortowane według wielkości, od najmniejszego do największego...

Tych kotów szkolnych zazwyczaj było około jedenaście sztuk. Niektóre kotki były dosyć agresywne, zwłaszcza gdy pojawiały się małe kocięta. Potrafiły rzucić się na pysk wielkiego psa wielkości dobermana i potem gonić go wzdłuż kasztanowej alei. Nie rzucały się bez sensu. Było to najczęściej wynikiem idiotycznych zachowań właścicieli psów, którzy dla uciechy próbowali szczuć swojego zwierzaka. A potem ze zdziwieniem obserwowali jak ich pupilek jest przeganiany przez stadko kotów, czasem przez tylko jednego kota...

Koty często chorowały na jakąś dziwną chorobę objawiającą się ropiejącymi oczami oraz łysieniem futerka. Próbowały sobie pomagać jedząc rumianek rosnący na szkolnym podwórku. Po odejściu do kociego raju podlegały kremacji w szkolnej kotłowni. Ojciec Krzysia czynił tę powinność.





Rozdział XXVI Epoka serca gołębiego

Jak w starożytnym Egipcie lub w szczycie panowania największych władców imperium rzymskiego, tak pod rządami nowej dyrektorskiej królowej szkoła stawała się krainą mlekiem i miodem płynącą. Po dziwacznych zachowaniach poprzednika jak również po terrorze nieznanej Krzysztofowi poprzedniczki, społeczność nauczycielska i reszta pracowników szkoły odetchnęła z ulgą. Szefem została kulturalna i sprawiedliwa osoba, której leżały na sercu dobro dzieci oraz pracowników szkoły. Pierwsze lata jej rządów upływały w przyjaznej i spokojnej atmosferze. Nic nie wróżyło tego, że przez szkołę przetoczy się jak lawina wyjątkowo silny konflikt.

Gołębie Serce została dyrektorem w wyniku wyjątkowo sprzyjających okoliczności. Poprzedni dyrektorzy dość szybko zniknęli z murów szkoły, a ona została wybrana dyrektorem jakby z rozpędu. Wcześniej pełniła role pomocnicze i niczym nie wyróżniała się. Zajmowała się nauczaniem swojego przedmiotu, protokołowaniem rad pedagogicznych, a później była wicedyrektorem. Wybrana dzięki kolejnej aklamacji przez pierwsze lata była cichą, spokojną osobą, siedzącą w zaciszu swojego gabinetu. Wszelkie trudne sprawy organizacyjne powierzała swoim kolejnym zastępczyniom. Pierwsza z zastępczyń odeszła ze szkoły podczas reformy organizacyjnej czyli w momencie tworzenia gimnazjów, druga była wicedyrektorem do momentu przejścia na emeryturę, a trzecia wytrwała na stanowisku do ostatnich dni panowania Gołębiego Serca.

Przez pierwsze lata wielu ludzi pracowało w jak najlepszej wierze dla dobra szkoły, wielu starało się wykonywać dodatkowe prace i to nie ze względu na zaszczyty, nagrody lub poklask. Starali się, by szkoła była miejscem przyjaznym dla dzieci i dla nich samych. Organizowali ciekawe imprezy i cieszyli się z samego faktu przychodzenia do pracy. Wiedzieli, że szkoła nie ma wielkich możliwości finansowych więc tylko własną pracą i ciekawymi pomysłami zapewniali atrakcyjność placówki. Dzięki temu, że w szkole pojawiły się zdolne, kreatywne i utalentowane osoby szkoła zaczęła być zauważana w mieście. Najważniejsze było jednak uznanie w najbliższym środowisku. Okoliczni mieszkańcy z chęcią powierzali swoje pociechy tutejszym pedagogom. Wydawało się, że ta rozpędzona maszyna będzie się tylko rozwijać i udoskonalać. Wydawało się, że wszystkie trybiki tej maszyny pracują idealnie i zgodnie, a maszynista tej lokomotywy jest kompetentny.

Skąd wzięło się cudowne określenie „przekochanej” pani dyrektor? Kto wymyślił przydomek „Gołębie Serce”? Nie wymyśliła tego żadna złośliwa osoba. Było to określenie jakie wyrwało się jej zastępczyni podczas ostrych dyskusji z przedstawicielami związków zawodowych. Niektórzy złośliwcy dodali wkrótce, że „Gołębie Serce” ma twardy łeb, twardą dupę i jest kute na cztery nogi. Czy ktoś widział gołębia z czterema nogami? Byli też tacy, którzy nazywali ją „bydlęciem”. To już były wyjątkowo prostackie żarty. Pewnego razu, pod koniec swej kariery, Gołębie Serce publicznie porównała szkołę do dworca kolejowego na którym jest głównym zawiadowcą. I znów złośliwcy nie omieszkali skomentować, że porównanie szkoły do dworca kolejowego było trafne, bowiem dworcem rządziła rodzina zawiadowcy, na dworzec wjeżdżały spóźnione i zdezelowane pociągi, kierowane przez niedouczonych maszynistów, w koła wagonów stukał mąż sekretarki, a pasażerowie jechali w nieznanym sobie kierunku. A perony, jak to na dworcu, paskudnie śmierdziały uryną.

Byli tacy, którzy uważali, że Gołębie Serce było złem wcielonym, demonem i szatanem, który opętał biedną kobietę. Były nawet osoby które wyczuwały u niej odór siarki i złą aurę demona. Ale były też osoby, które uważały, że była dobrą osobą, naiwną i niedoinformowaną przez złych doradców. A ci doradcy wykorzystując jej ufność i niewiedzę rozgrywali własne interesy. Jeszcze inni uważali, że za jej decyzjami zawsze kryła się niepohamowana żądza władzy i pieniędzy. I w ten sposób powoli dochodzimy do tego w jaki sposób Gołębie Serce osiągała swoje cele, jakich środków i forteli używała. Niewątpliwie była niezwykle sprytną aktorką. Potrafiła skłamać prosto w oczy, potrafiła z uśmiechem na ustach podsuwać niekorzystne pisma pracownikom, potrafiła błyskawicznie rozpłakać się i równie błyskawicznie zakończyć płacz. Przede wszystkim potrafiła kierować ludźmi, w razie czego skłócać ich, a dla osiągnięcia konkretnych celów wykorzystać najbliższe osoby. Była zawsze nieomylna, zawsze niewinna, zawsze idealna, zawsze podejmująca jedynie słuszne decyzje wynikające z uzgodnień z większością grona zwanego „ciałem”. Był to prawdziwy i naturalny talent – Nikifor makiawelizmu szkolnictwa podstawowego. Nikt nie mógł wychodzić przed szereg. Zawsze ona i tylko ona wypinała pierś do orderów. Przyznawała się do osiągnięć ludzi, których nazywała „załogą”, którzy i bez niej mieliby takie osiągnięcia. Zazwyczaj nagradzała ich uściskiem dłoni oraz papierową laurką, a profity w postaci nagród finansowych zabierała dla siebie.

Pewnego razu, na początku pracy w szkole Krzysztof poprosił Gołębie Serce o pomoc. Nie radził sobie z pewną klasą, która wyraźnie obrała sobie go za cel bardzo chamskiego zachowania. Kilka lat później Krzysztof dowiedział się, że kilku absolwentów tej klasy znalazło się w więzieniach. Tak więc można zrozumieć, że każdy dzień spędzany z tą grupą był małym horrorem. I co się wówczas okazało? Gołębie Serce błyskawicznie pomogła Krzysztofowi! A w jaki sposób? Otóż pokazała mu jak należy sobie radzić z grupą niesfornych dzieciaków: należało obciążyć ich dużą ilością prawie niewykonalnej pracy i należało bezwzględnie, systematycznie i skrupulatnie rozliczać z każdej, choćby bezsensownej czynności. Do tego służyło między innymi narzędzie nazwane „Kartą Pracy”. Krzysztof sumiennie przyłożył się do tego pomysłu. Oceny „fruwały” w powietrzu i bardzo często były bardzo niskie. Odpowiedzialność zbiorowa zadziałała i wkrótce klasa podzieliła się na obozy czyli na tych, którym zależało na średniej ocen i na tych którym na niczym nie zależało. Krzysztof zauważył wówczas, że nagle udało mu się skłócenie dotychczas jednorodnej i wrogiej grupy. Zrobił w niej mały wyścig szczurów. Szczury, dotychczas kąsające Krzysztofa, teraz pogryzły się między sobą. W pewnym sensie osiągnął sukces. I to dzięki tylko kilku poradom Gołębiego Serca...

Krzysztof dobrze zapamiętał sobie to doświadczenie. Po wielu latach zorientował się, że te mechanizmy stosowane były przez nią nie tylko wobec uczniów, ale również wobec wszystkich pracowników szkoły. Gołębie Serce nie wahała się balansować na cienkiej linii pomiędzy prawem a przestępstwem, nie zawahała się narazić życia i zdrowia dzieci oraz pracowników szkoły, a gdy sytuacja stawała się dla niej groźna nie wahała się używać wszystkich dostępnych środków, aby zniszczyć prawdziwych lub domniemanych wrogów. W manipulowaniu grupą, w napuszczaniu na siebie ludzi i umywaniu własnych rąk była wręcz genialna. Była to niesamowita postać, która wpłynęła na życie wielu osób...



Rozdział XXXVIII Duch szkolny, klątwa i inne niezwykłe zjawiska

Podobno istnieją w naszym życiu i przyrodzie zjawiska niewytłumaczalne, nie poddające się racjonalnemu osądowi. Są wśród nas ludzie, którzy nie wierzą w istnienie Boga ani jakichkolwiek niewytłumaczalnych zjawisk. Są też tacy i to niejednokrotnie gorliwi wyznawcy religii, którzy wierzą w duchy, gusła, zabobony, horoskopy i czarną magię. Krzysztof w swojej drodze życiowej napotkał na kilka niewytłumaczalnych zdarzeń i zjawisk, po których nie może powiedzieć z absolutną pewnością, że to wszystko może być bajką, kłamstwem lub grą wyobraźni. Na co dzień nie żył horoskopami i nie interesował się parapsychologią. Ten temat fascynował go kiedyś w dzieciństwie, gdy przeczytał kilka artykułów o UFO i duchach.

W szkole, w jakiej przyszło pracować naszemu bohaterowi, krążyła opowieść o duchu nawiedzającym drugie piętro. Szczególnie panie z portierni oraz sprzątaczki przekazywały sobie straszną historię szkolnego ducha. Pracujące w nocy panie, pilnujące budynku szkoły, nieraz najadły się strachu gdy w szkole coś pohukiwało lub postukiwało. A historia zaczęła się od dnia gdy w szkole zamieszkała grupa młodzieży na tak zwanych koloniach letnich. Działo się to w dawnych czasach lat osiemdziesiątych. Były to czasy gdy latem bardzo często budynki szkolne wykorzystywano do realizowania nieznanej już dziś formy spędzania przez dzieci wakacji. Świadkowie opowiadali, że grupa młodych sportowców zakwaterowana w szkole miała duże problemy z zasypianiem na drugim piętrze. Początkowo sądzono, że ktoś robi sobie głupie żarty. Pomimo bezwietrznej pogody w szkole coś stukało, pohukiwało, drzwi same się zamykały, niektórych ogarniało poczucie czyjejś obecności. Najstarsi pracownicy szkoły opowiadali, że sprowadzono do szkoły medium i wykonano seans spirytystyczny. Podobno wywołano ducha jakiegoś osobnika, który powiedział, że został zamordowany podczas budowy szkoły, a jego zwłoki wrzucono do tworzonych fundamentów szkoły. Podobno duch powiedział, że szkoła jest przeklęta, nie zazna spokoju i będą się w niej dziać różne dziwne rzeczy aż do momentu gdy jego zwłoki zostaną wydobyte i zostanie ujawniony morderca. Najgorszą przepowiednią było to, że w końcu szkoła się spali, bo ma źle wykonaną instalację elektryczną.

Można wierzyć lub nie wierzyć w duchy i w życie pozagrobowe. Jednak w szkole działy się pewne dziwne rzeczy. Zawsze w niej coś postukiwało, pohukiwało i pojękiwało. Pewnego razu nauczycielka fizyki odbywała dodatkowe zajęcia w dużej pracowni fizycznej na drugim piętrze. Nagle ogarnęło ją uczucie chłodu i usłyszała wokół siebie kroki. Oprócz niej i mało rozgarniętego ucznia, nikogo w klasie ani na korytarzu nie było. Sądząc, że ma jakieś omamy zapytała ucznia czy coś słyszał, a ten wyraźnie przerażony pokiwał tylko głową i ledwo wydukał, że tak, coś słyszał i bardzo prosi by już lekcja zakończyła się.

Niektórzy uważali, że ktoś robi sobie żarty. Z kolei inni te dziwne zjawiska przypisywali zwierzakom, które często zamieszkiwały szkolne budynki. Wiadomo przecież, że resztki żywności jakich w szkołach nie brakuje, zachęcają przeróżne stwory do odwiedzania szkół. Krzysztof zobaczył któregoś dnia kunę, która znalazła sobie kryjówkę w poddaszu szkolnego łącznika. Widział również szczury i karaluchy oraz szerszenie więc po doświadczeniach dzieciństwa i młodości nie dziwił się takim widokom. I to właśnie te różne ssaki, gryzonie, płazy i ptaki mogły w szkole tuptać lub powodować domykanie drzwi, a w okresie rui to właśnie one mogły dziwnie pojękiwać.

Byli też tacy, którzy przypisywali efekty postukiwania i pojękiwania jednemu z nauczycieli, który podobno popołudniami w salach lekcyjnych uprawiał bardzo dynamiczny seks z kolejnymi koleżankami z pracy. Niektórzy mówili, że dla zachowania intymności zatykał papierkami dziurki od klucza.

A jednak w tej szkole naprawdę działy się czasem dziwne rzeczy i niewytłumaczalne zbiegi pewnych okoliczności. Czy nie były to zjawiska paranormalne? Jak bowiem można wytłumaczyć sobie fakt, że źle traktowani przez dyrekcję nauczyciele tej szkoły, w tym właśnie momencie wygrali kilka samochodów w różnych konkursach. Jak można wytłumaczyć fakt, że wiersze pisane przez jednego z nauczycieli, były idealnymi przepowiedniami przyszłych zdarzeń takich jak wygranie tych samochodów i publiczny upadek dyrektorki? Jak można wytłumaczyć fakt, że publicznie napiętnowane osoby, ścigane za wszelkie uchybienia w niewyjaśniony sposób, ciągle wymykały się spod ręki bezwzględnych dyrektorek? Jak można sobie wytłumaczyć fakt, że w momencie największych szykan jakie zafundowano zbuntowanym nauczycielom, z podziemi szkoły wyszły szczury, potem wypłynęły fekalia, rozszedł się straszny smród i rozlazło się robactwo?

Zbieg okoliczności? Fatum? Klątwa zwłok z fundamentów szkoły?